Długo nie pisałem. Raz, że po katastrofie smoleńskiej wolałem nie włączać się w zapominanie złego i nagłe wychwalanie Lecha Kaczyńskiego tylko dlatego, że nie żyje. Chore.
Dwa, że w czasie pierwszych tygodni wyjaśniania przyczyn tragedii po prostu słabo się robiło od insynuacji o zamachu, spisku i współpracy premiera Tuska z Rosją i Niemcami.
Potem z kolei zaczęła się kampania prezydencka, a jako, że miałem tu kilka posądzeń o stronniczość sponsorowaną wolałem milczeniem pokazać, że nie jestem opłacanym buldogiem internetowym. W tym czasie poobserwowałem fora internetowe. Tam to się dzieje. Tyle buldogów wysłanych do "podlewania" terenu nie widziałem jeszcze nigdy do tej pory. Oczywiście znaczna większość "narzekających" na obecny rząd potrafiła "zaznaczać teren" nawet pod artykułami nie mającymi nic wspólnego z polityką. Nawet tam gdzie opisywany był jakiś mecz, pojawiały się chamskie teksty. Byle tylko zaznaczyć teren PiS. Ewidentnie było widać, że nie robią tego z własnej inicjatywy bo co ma mecz w RPA do jakiegoś czynu w polskiej kampanii prezydenckiej? Ano nic. Ale buldogi wysłane w sieć musiały "podlewać" by sprawić wrażenie, że teraz internet jest za Kaczyńskim. Przy nich zachowanie protestujących w Londynie to szczyt inteligencji. Szkoda tylko, że tak obniżył się poziom, bo jeszcze niedawno ludzi wieszających czerwoną płachtę na drodze między kamerą, a prezenterką TV uznano by za wielkie chamstwo. Dziś niestety była to elita inteligencji PiS. A może powinienem napisać "inkligecji"? Jakoś tak to leci w ustach prezesa Kaczyńskiego. W sumie to tak będzie lepiej. Jako, że jest to zupełnie inna liga zachowań, proponuje rozróżnienie. Inteligencja jako coś co zanika, oraz inkligecja której reprezentantami są m.in. buldogi posłane w sieć.
Nie mogę się powstrzymać, żeby w tym miejscu nie przytoczyć pewnej historii która miała zdyskredytować marszałka Komorowskiego tak jak kiedyś dziadek Tuska. Mianowicie w kilku miejscach znalazłem przeklejony ten sam tekst o pochodzeniu marszałka. Głównym mottem było to, że marszałek pochodzi w prostej linii z rodziny Branickiego, który brał udział w Targowicy. Wywód był taki, że Branicki po zesłaniu miał mieć nieślubne dziecko - Osip Szczynukowicz, któremu matka na znak, że ojcem jest Branicki wytatuowała herb Korczaków na plecach. Według przytaczanej historii losy Szczynukowicza miały być zapomniane do czasów bitwy w 1920 roku, gdzie Osip został "rozpoznany" po tatuażu. Ów rozpoznany wojak miał się podawać za hrabiego Juliusza Komorowskiego herbu Korczak, a według przytaczanej historii w rzeczywistości miał to być Osip Szczynukowicz - syn Branickiego. Stad już krótka droga do marszałka który jest wnukiem wspomnianego Juliusza Komorowskiego. W ten oto sposób bardzo ładnie przeszło się od Branickiego (uważanego za zdrajcę) do Bronisława Komorowskiego, który miał być jego prawnukiem. Co jednak śmieszne - nawet w tekście podawane są daty: z życia Branickiego - 1781 ślub z Aleksandrą von Engelhardt, z życia Juliusza Komorowskiego (domniemanego Osipa Szczynukowicza) - 1920 udział w bitwie pod Niemnem. Jak więc widać autorowi historii zabraklo inteligencji choć do tego by odejmować lata. Jak jeden mógłby być ojcem drugiego? Branicki zmarł w 1819 roku, a Juliusz Komorowski urodził sie w 1892, a zmarł w 1982 roku. No cóż, tego komentować nie trzeba - inkligetny autor sam sobie wystawił laurke. Ciekawe czy i za tym stał poseł Kurski.
A-propos posła Kurskiego, czy słyszeliście o powrocie pani Cugier-Kotki? Pisałem tu o niej wielokrotnie. Moja ulubiona aktorka ;) Ostatnio wyszła z ukrycia i powiedziała, że sprawa jej pobicia była sfingowana. Miała to być rola kontraktowa w ramach poprzedniej kampanii wymyślona przez posła Kurskiego. To by co prawda wyjaśniało jej niechęć do składania zeznań na policji, a obszerne wyjaśnienia składane dziennikarzom. Już wiecie dlaczego dobrze jest wiedzieć kiedy ma się do czynienia z aktorem w życiu publicznym? To właśnie dlatego udział aktorów w filmie "Solidarni 2010" powinien być zaznaczony. Nie może być tak, że robi się ustawiane historie pani Cugier-Kotki lub wypowiedzi wspomnianych aktorów, a dopiero po kilku latach opinia publiczna dowiaduje się, że została oszukana.
Po tak długim okresie milczenia uzbierało się trochę tematów do poruszenia i mam nadzieję, że nie zanudzam. Teraz z filmu "Solidarni 2010" proponowałbym przejść na temat innego z jej bohaterów - pana blondyna z biało czerwoną flagą. Otóż ów pan również nie jest zwykłym przechodniem. Ten sam pan blondyn stał z obelżywym transparentem w Licheniu podczas wizyty marszałka Komorowskiego i mówił wprost o wtargnięciu "Bronka" na teren świątyni, podczas gdy fakt był taki, że marszałek został tam zaproszony przez kościół. Na pytanie dziennikarki czy jest z jakiejś partii, odpowiedział, że to nie ma żadnego znaczenia, a po naleganiu przyznał, że jest sympatykiem PiS (wstydził się?). To jeszcze nie wszystko. O tym samym panie blondynie podpisanego nazwiskiem Waldemar Bonkowski można było przeczytać pod kątem skazania za fałszowanie dokumentacji za czasów kiedy był prezesem spółki "Bielnik" należącej do państwowej "Energi". Prezesem Bonkowski został za rządów PiS, a obecnie jest wiceprzewodniczącym sejmiku pomorskiego. Jak więc widać - nie jest to typowy przechodzień jakich pod pałacem było kilkaset tysięcy. Warto tu jeszcze dodać, że jeśli dobrze go rozpoznałem w krótkim ujęciu z wiecu w Lublinie to za lewym ramieniem Kaczyńskiego siedział właśnie ten polityk - Waldemar Bonkowski - "typowy przechodzień spod pałacu prezydenckiego".
Dobrze, zostawmy już film "Solidarni 2010". Wróćmy do Londynu i do innego występu zwolennika PiS - mianowicie do pana rzucającego sztucznym penisem. Ciekaw jestem jakie przesłanie miała ta atrapa. Czy jej rzucenie miało na celu coś poważniejszego niż wywołanie "gadania" w TV? Ktoś mógłby powiedzieć, że Palikot wprowadził sztuczne penisy do polityki. Problem jednak w tym, że czyn Palikota miał pewien cel. Poseł chciał zwrócić uwagę na problem zgwałconej dziewczyny w Lublinie i próby zatuszowania sprawy. W ten właśnie kontrowersyjny sposób nagłaśniał sprawę by nie dało jej się zamieść pod dywan. Problem jednak pojawił się wtedy, gdy Politycy PiS wypatrzyli w tym dobrej okazji do zażartowania z PO. Ważniejsza stała się forma od treści i dziennikarze to podłapali. Nagłośnili sprawę sztucznego penisa a zgwałcona dziewczyna została zapomniana. PiS tak chlubi się hasłem, że Polska jest najważniejsza, a przecież Polska to przede wszystkim Polacy. Dlaczego więc sabotują jak najbardziej prawidłową chęć nagłośnienia sprawy gwałtu na 16-letniej dziewczynie? W dodatku robią to jedynie dla własnych celów politycznych.
W tytule zamieściłem słowo sabotaż. Z pełną świadomością jego znaczenia i w tym momencie chciałbym przejść do wyjaśnienia co mam na myśli. Aktów sabotażu na Polskę ze strony PiS było w ostatnich latach bardzo dużo. Zacznijmy od tego, kiedy zaczął się kryzys w 2008 roku. Jakie były recepty Kaczyńskich na tą sytuację? Wykorzystywanie budżetu do ratowania przedsiębiorstw. Zwiększanie zamówień publicznych, czyli de-facto zwiększanie deficytu budżetowego. Rząd jednak wiedział (tak samo zresztą jak Kaczyńscy którzy robili to celowo), że budżet i tak będzie napięty bo PiS w ostatniej chwili zmniejszył podatki nie dając fiskusowi żadnych zastępczych dochodów, ani też nie obcinając wydatków. To oznaczało wielką dziurę w budżecie, a Kaczyńscy kazali ją jeszcze bardziej zwiększyć przez zamówienia publiczne. Chcieli wywołać w Polsce problemy takie jak ma obecnie Grecja, Hiszpania i wiele innych krajów europejskich, które poszły tą drogą. Tu wielki szacunek dla ministra Rostowskiego za mądre rządzenie finansami publicznymi i uniknięcie spełnienia populistycznych żądań sabotażystów. Rozwalić budżet, żeby Polska zbankrutowała, byle tylko kompromitowało to rząd PO. Innym, trochę już może mniej dostrzegalnym objawem sabotażu jest ten w sejmie. Trzeba przecież powiedzieć, że PiS do tej pory nie powołał vicemarszałka ze swojej strony. Dlaczego? Ano oczywiście dlatego, że jeśli nie ma vicemarszałka to marszałek wypełniający obowiązki prezydenta i będący kandydatem na prezydenta ma jeszcze więcej obowiązków. Gdyby rzeczywiście Polska była najważniejsza to powołaliby vicemarszałka aby usprawnić pracę sejmu. Czy to nie jest akcja w pewnym sensie sabotażowa? Może nie tak spektakularna jak nawoływanie do zrobienia czarnej dziury z budżetu, ale również.
W tytule zamieściłem też słowo "oszust". Również z pełną świadomością znaczenia tego słowa. Czy Jarosław Kaczyński nie mówił w 2005 roku, że jeśli jego brat zostanie prezydentem to on nie będzie premierem? Mówił i to jest fakt, tak samo faktem jest to, że po pół roku - kiedy ciemny lud zapomniał - został premierem. Co za tym idzie mam uzasadnienie do nazwania Jarosława Kaczyńskiego oszustem i kłamcą. Co do tego drugiego również sąd wypowiedział się na ten temat już trzykrotnie, więc może nie rozwijajmy tego tematu, bo za wiele bym musiał napisać o tych kłamstwach.
Na koniec może poruszę temat lewicowości Jarosława Kaczyńskiego. Czy jego ostatnie wypowiedzi mają świadczyć, że teraz stoi tam gdzie ZOMO? Czy uściśnie rękę Wojciechowi Jaruzelskiemu? Biorąc pod uwagę jego wcześniejsze kłamstwa sprzed poprzednich kampanii - śmiem wątpić. Mam poważne podstawy by twierdzić, że tuż po kampanii zacznie ponownie "ujadać" na SLD. O tym przekonamy się dopiero za 2 tygodnie. Tymczasem ciekaw jestem jak zareaguje silnie prawicowy elektorat PiS. Część zapewne i tak zagłosuje na PiS, bo oni zdają sobie sprawę, że Kaczyński okłamuje wszystkich i cieszą się, że aż tylu dało się nabrać. Mam jednak nadzieję, że istnieje duża rzesza ludzi, dla których honor to coś więcej niż słowo. Ale o tym przekonam się dopiero 4 lipca.
A teraz przyszedł czas na przeprosiny za tak długą przerwę i tak długi powrotny wpis ;) No więc przepraszam, a jednocześnie gratuluję tym, którzy tu doszli ;)
Pozwoliłem sobie zatytułować tą notkę cytatem pani Kempy. Od jakiegoś czasu w miarę możliwości obserwuję kolejne przesłuchania świadków przed "komisją hazardową". O ile do tej pory Wasserman i Kempa po prostu "odbijali się" od świadków swoimi pytaniami, to dziś jest to po prostu masakra. Oni się nie odbijają - oni sami siebie miażdżą pytaniami. Popisową sytuacją jest głośna już sprawa notatki z 28 lipca 2008.
Może nie będę cytował, po prostu pokażę filmik:
Po obejrzeniu tego fragmentu przesłuchania, Pani Kempa tłumaczyła się w taki oto sposób:
Dziwne (to również bardzo lubiane przez Panią Kempę słowo) jest to, że w tłumaczeniach argumentacja była taka, że winna jest akustyka, a przecież chwilę wcześniej zapewniała w stanowczym tonie "Głucha nie jestem", jakoby bardzo dobrze słyszała. No niestety, okazuje się, że uszy Panią Kempę potrafią zwieść na manowce. Rodzi się teraz pytanie:
"Czy osoba, która słyszy co innego niż to co jest wypowiadane, powinna być w komisji śledczej?"
Przecież ta osoba będzie później współautorem raportu z ustaleń komisji. Jaką mamy pewność, że ten raport nie będzie zafałszowany?
Podobało mi się również, jak premier wytknął posłance jej sposób przesłuchiwania. Oczywiście zrobił to w bardzo dyplomatyczny sposób, ale tłumacząc na bardziej powszechny język, można by ująć, że zachowuje się chamsko. Jej insynuacje, zadawanie pytań, które de-facto są stawianiem tez jest po prostu niedopuszczalne i niedozwolone. Mało tego. Posłanka Kempa zadaje "pytanie", ale nie oczekuje na odpowiedź, bo jak mówiłem tezę już postawiła i ma co chciała, dlatego kiedy przesłuchiwany odpowiada, to posłanka przerywa i zadaje kolejne pytanie, które de-facto znowu jest chamską insynuacją.
W końcu premier powiedział jej to bardzo delikatnie i dyplomatycznie, ale dobitnie.
Odchodząc już od sprawy dzisiejszego przesłuchania Donalda Tuska. Oczekuję przesłuchania Jarosława Kaczyńskiego. To już jutro. Ciekaw jestem czy padnie pytanie o wizyty Mariusza Kamińskiego na Nowogrodzkiej w siedzibie PiS. Równie ciekaw jestem czy w związku z tym padnie pytanie, w jaki sposób zniknęły dane GPS z samochodów CBA. Czy posłanka Kempa tą sprawę uzna za "dziwną", "nietypową" i "podejrzaną"? Dowiemy się jutro, byćmoże.
Właśnie zakonczyło się przesłuchanie premiera. Trwało równe 13 godzin. Ufff.
Ostatnio obserwuję przesłuchania w sprawie afery hazardowej. Niestety bezposrednio oglądać nie mogę z powodu pracy w tych godzinach, ale co ciekawsze wątki do mnie docierają. Starałem się skonsolidować te informacje i doszedłem do pewnego wniosku, który poniżej opiszę. Najpierw jednak przytoczę pewien wątek jako ciekawostkę. Mianowicie kiedykolwiek członek PiS wypowiada się na temat afery hazardowej, to nie mówi jedynie o Chlebowskim, Drzewieckim, Sobiesiaku (o ile w ogole o nich wspomina), ale przede wszystkim pada nazwisko Donalda Tuska. W jakim celu to oczywiście wiadomo. Według nich miał by on odpowiadać za czyny ministrów również te, które wydarzyły się w czasie wolnym. Tusk miałby być Aniołem Strużem Chlebowskiego lub Drzewieckiego? Oczywiście jako premier jest po części odpowiedzialny za czyny ministrów, ale nie jeśli dochodzi do nich poza czasem pracy. A przecież tak posłowie PiS uwypuklają spotkania na cmentarzu lub na lotnisku po powrocie z wczasów (o ile dobrze pamietam). Przecież nie byli oni w tym czasie w pracy a za czyny poza miejscem i czasem pracy premier nie może odpowiadać. Dlaczego więc nazwisko Donalda Tuska pada tak często z ust pisowcow wypowiadających się o aferze hazardowej? Oczywiście są to wypowiedzi obliczone pod publikę. "Ciemny lud" ma utożsamiać aferę hazardową z nazwiskiem Tusk. Im częściej te zwroty będą padały w jednym zdaniu tym dla nich lepiej. Jak więc widać. Prawdziwy cel owej afery to nie wymienieni ministrowie, ale premier, który jest głownym przeciwnikiem braci Kaczyńskich. O wyeliminowanie jego tu chodzi, nikogo innego. Kiedy już mamy ten wątek, przejdźmy dalej.
Wczoraj Mariusz Kamiński na przesłuchaniu przekonywał, że wszystkiemu winien jest Donald Tusk, że to od niego wypłynął przeciek do Drzewieckiego, Chlebowskiego i Sobiesiaka. Skupmy się teraz na chwilę na pracy CBA. Coś często mają przecieki. Sprawa Leppera i odrolnienia to tylko jeden z przykładów. Dekonspiracja agentów (nie tylko Tomka) to kolejna sprawa świadcząca o poziomie pracy tego biura. Oczywiście przeciek do pisowskiej "Rzeczpospolitej" (o jej pisowskosci nie trzeba nikogo przekonywac) to też nie wiadomo skąd się wziął. W pewnej wypowiedzi w radiu TOK FM, Piotr Semka przypadkowo wyjawił źródło przecieku jako CBA. Potem, kiedy prowadząca zwróciła na to uwagę, próbował odkręcić swoją wypowiedź, że się tylko tak domyśla, ale w końcu jest dziennikarzem "Rzeczpospolitej" więc można mu wierzyć kiedy mówi, że do gazety informacje o aferze przyniósł ktos z CBA. To jego słowa. Mało tego. Widać, że akcja była koordynowana przez kierownictwo PiS, o czym może świadczyć obecność praktycznie wszystkich "bulterierów" PiS w sejmie. Z Ziobrą i Kurskim na czele. Choć są eurodeputowanymi nie zatrudnionymi przez Polski Sejm, to wszyscy jak jeden mąż w dniu ukazania się artykułu w "Rzeczpospolitej" byli w Sejmie gotowi do udzielania wywiadów na temat afery. Czyż nie zastanawiające? Aaa, dodam jeszcze coś. W ostatnich dniach urzędowania Kamińskiego w CBA dziwnym trafem zniknęły zapisy z GPS'ów w samochodach biura. Czyżby były tam zapisy tras między CBA, a redakcją wspomnianej gazety lub siedzibą PiS? Możemy się jedynie domyślać.
Wróćmy do sprawy przesłuchań Kamińskiego i jego pracy. Zastanówmy się co by było gdyby żadnego przecieku nie było. Zwłaszcza tego prowadzącego do Drzewieckiego, Chlebowskiego i Sobiesiaka. Byćmoże akcja zakończyłaby się powodzeniem, co przy poziomie działania CBA nie jest takie oczywiste, ale załużmy. Wtedy cała afera trafia w owych ministrów, a Tusk jest czysty. Oczywiście nie o to chodziło PiS. Przecież najważniejszym celem jest tu Donald Tusk. W takiej sytuacji korzystny jest przeciek, który spali akcje, ale zrzuci część winy na Donalda Tuska jako możliwe źródło przecieku. Składając to z wcześniej omówioną sytuacją przecieku do gazety, równie możliwy jest przeciek bezpośredni CBA - zainteresowani ministrowie. Lub przynajmniej takie działania aby sami się domyślili, co przy poziomie pracy CBA jest równie łatwe do wyobrażenia.
Dobrze, więc opisałem hipotetyczną możliwość jak wygląda sprawa afery hazardowej. Myślę, że wewnętrznie spójna, a mało tego - są pewne przesłanki, że bardzo prawdopodobna. Doprowadzenie akcji przez CBA do końca nie było pewne znając poziom ich pracy, a jednocześnie cel był mało korzystny bo to tylko ministrowie. Znacznie bardziej opłacało się wplątanie w to premiera i zrzucenie na niego winy za spalenie akcji. Czyż nie?
Jakiś czas temu PiS krzyczało, że więcej można zdziałać będąc liderem mniejszej frakcji (jak ów PiS w nowej frakcji Konserwatystów i Reformatorów), niż partią drugoplanową w największej partii (jak PO w Europejskiej Partii Ludowej). Upierali się nad tym usilnie przed wyborami europejskimi. Wybory miały miejsce. Wyniki powszechnie znane. Teraz mamy ten okres kiedy obserwujemy efekty. A co w tych efektach widać?
No cóż. PO obiecało, że Buzek zostanie przewodniczącym Parlamentu Europejskiego. Zadanie wykonane, więc jednak można nie być liderem frakcji, a dopiąć swego. Można jednak prezentować wystarczająco dobrą dyplomację by mimo tych problemów dopiąć swego.
Teraz można zastanowić się nad drugą stroną. Skoro członkowie PiS mówili, że lider frakcji może więcej niż drugoplanowa partia, to co uzyskali europosłowie PiS? Okazuje się, że na przegranej pozycji nie stali. Każda frakcja w Parlamencie Europejskim (łącznie 14) ma prawo do swego przedstawiciela na stanowisku wiceprzewodniczącego PE. Skoro tak, to PiS miało ułatwione zadanie, bo ich frakcja "musiała" mieć swego człowieka. Kandydatem był Michał Kamiński. Warto dodać, że jedynym. Niestety tylko do pewnego momentu. Tuż przed głosowaniem swoją kandydaturę zgłosił Edward McMillan-Scott i to on rzutem na taśmę wygrał głosowanie, a tym samym został viceprzewodniczącym PE jako reprezentant Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. A podobno lider może więcej. Tym bardziej spodziewałbym się udanej akcji, że to była akcja na arenie frakcji, a nie Europy. A tu klops. ;)
Wynika z tego, że PiS nawet na arenie frakcji której są liderem nie są w stanie osiągnąc celu a co dopiero z przechwałkami, że w Europie są w stanie coś zdziałać.
Tak na marginesie jeszcze bym dodał. Co to za nazwa frakcji: Konserwatyści i Reformatorzy :) Według mnie konserwatyzm, to ruch dążący do zachowania status-quo, bez żadnych zmian, a z koleji remorfatorstwo to coś wręcz przeciwnego - dążenie do zmian (reform). Czyżby nie mogli się zdecydować.
P.S. Właśnie doczytałem kilka drobiazgów na temat tej frakcji i okazało się, że wcale PiS nie jest liderem EKR, bo ma jedynie 15 na 55 członków a brytyjczycy mają ich 26, czyli prawie dwa razy więcej. Dodam jeszcze w tym temacie, że Edward McMillan-Scott kiedy się zgłaszał przedstawił listę 40 europosłów którzy go popierają. Domyślam się, że byli to europosłowie z EKR. A to oznacza, że byli to wszyscy Ci którzy nie są w PiS (55 - 15). To z koleji oznacza, że przeciwko Kamińskiemu a za McMillanem byli członkowie z Czech, Węgier, Łotwy, Belgii, Holandii i Finlandii. Najbardziej dziwi mnie stanowisko Czechów, Węgrów i Łotyszy, z którymi Lech Kaczyński wydawałoby się ma dobre stosunki. Czyżby to jednak były tylko mylne przesłanki z mediów? To by oznaczało, że media są korzystne dla PiS, a nie tak jak się skarżą posłowie PiS, że są negowani i pomijani. Dziwne ;)
Ostatnio rośnie napięcie na temat ustawienia Jerzego Buzka na fotelu przewodniczącego Parlamentu Europejskiego. Kiedyś PiS nie wierzył, że Tuskowi się to uda. Po wyborach zapowiedzieli, że dla dobra Polski pomogą i poprą tą kandydaturę. Zupełnie tak jak by PO samo nie dało sobie rady. PiS musi pomóc i to dzięki nim się to uda. Taaaaa. Pomijając ten jeden mały wątek. Jeśli Tuskowi uda się wynegocjować polskiego kandydata na szefa PE, będzie to potwierdzenie tego jak można efektywnie negocjować i zdobywać coś dla siebie, a tym samym olbrzymi cios dla pisowskiego sposobu "negocjacji" opierającego się głównie na vetowaniu czego się da. Byłoby to dla nich na tyle straszne, że wolą się wycofać z zapewnień, iż zrobią wszystko by pomóc polskiemu kandydatowi. Pojawił się nawet dobry pretekst w postaci traktatu lizbońskiego, którego podpisaniu Kaczyński od dawna odmawia. Jest to dla naszych przeciwników bardzo silny argument, że jak Polska, która sprzeciwia się TL chce mieć szefa PE. Wczoraj bodajże Kownacki wypowiedział się, że to Tusk obiecał Buzka na szefa PE a nie Kaczyński, więc to nie on ma teraz się starać. Zapomniał biedak, że obóz pisowski już też obiecał pomoc.
Wygląda więc na to, że utrudnienia w spełnieniu obietnic przeciwników politycznych są ważniejsze niż dobro Polski.
Niektórzy zaczynają też dewaluować stanowisko, że niby szef PE to bardzo słabe stanowisko. To taka asekuracja, w razie gdyby się udało. Będzie można powiedzieć, że to nic nie warte i nie ma żadnego sukcesu PO. Tak, szef PE to nic nie warte stanowisko? Ciekawe czy rzeczywiście nikt nie słyszał nazwiska Hans-Gert Poettering, czyli dotychczasowego przewodniczącego PE. Może i nie ma bezpośredniego wpływu na politykę. Może mało jest ustaw sygnowanych jego nazwiskiem, ale w rozmowach, negocjacjach mieć po swojej stronie szefa PE to nieocenione wsparcie. Przecież nikt nie zaprzeczy, że jeśli w negocjacjach wystąpi po naszej stronie przewodniczący Parlamentu Europejskiego, to będzie to znacznie silniejsza pozycja niż gdybyśmy tego stanowiska nie mieli. To chyba jasne. Więc śmieszne są starania zdewaluowania tego urzędu.
A nawiązując do czynów PiS. Oni w kampanii chwalili się, że lepiej być znaczącym graczem w mniejszej frakcji, niż mniej znaczącym w największej. Więc mam pytanie do pisowców, kogo oni stawiają i na jakie stanowisko? A podobno są tacy silni. Silni czy śmieszni? Oczywista oczywistość.
W końcu pani Anna Cugier-Kotka zdecydowała się i złożyła zeznania. Co prawda policja musiała przyjechać do szanownej pani do domu, ale ok. Nie wnikam dlaczego. Bardziej zastanawiające jest jednak to co powiedziała. Podobno padły tam słowa:
No, akurat ten człowiek, który mnie zaatakował. Nie zostałam pobita. Zostałam tylko zwyzywana. Ale ten człowiek, który mnie zaatakował, nie zdawał sobie sprawy, że wystarczy mnie lekko kopnąć w moje kolano, które przeszło dwie operacje, żeby zrobić mi dużą krzywdę. Dlatego adwokaci PiS zajmą się ta sprawą, bo to już, wydaje mi się, że przekracza pewne granice"
Coś mętne są to słowa. Pani Kotka mówi, że nie została pobita, tylko zwyzywana, ale człowiek, który to zrobił, rzekomo nie wiedział, że biedna pani Kotka ma chore kolano. Skąd ma to wiedzieć? Ma jakiś obowiązek to wiedzieć? To jest jego przestępstwo? Mało tego, adwokaci PiS już się zajmą biednym nieuświadomionym człowiekiem. Kotka nie powiedziała, że została kopnięta, a wręcz temu zaprzeczyła. Sam fakt, że pani Kotka ma chore kolano i wystarczy ją lekko kopnąć w nie, nie jest przestępstwem, przynajmniej na tyle na ile mi wiadomo.
Nikt z tego faktu nie skorzystał, bo pani Kotka przyznaje, że nie została pobita. Wynika więc z tego, że adwokaci PiSu postawili sobie za cel ścigać biedaka, za to, że nie wiedział, że wystarczy lekko kopnąć. Życzę powodzenia w szukaniu paragrafu na skazanie kogoś za niewiedzę na temat choroby innych osób. W tym miejscu ja również przyznaję się do winy niewiedzy. Jestem winny tego, że nie wiedziałem, że pani Kotka ma chore kolano? Ile lat odsiadki za to mi przysługuje?
Ciekaw również jestem co prezes Kaczyński powie w tej sytuacji. Jeszcze kilka dni temu tak grzmiał, że Polska idzie w kierunku Białorusi, że pani Kotka została brutalnie pobita. Mało tego. Prezes PiS już wiedział kto to zrobił. Jacyś fani PO podobno. A teraz okazuje się, że do żadnego pobicia nie doszło. Co na to szanowny prezes powie? Wycofa swoje pochopne i bezpodstawne oskarżenia? Wątpię, to nie leży w jego charakterze. Słowa już poleciały w świat i elektorat PiSowski utwardziły.
Podsumowując, to myślę, że panią Kotkę trzeba by wysłać do innego doktora niż ten który jej robił obdukcję. Raczej do takiego mniej związanego z fizycznymi urazami. A-propos, obdukcja miała być i okazało się ze jej nie było :) Obserwując sytuację z panią Kotką mam wrażenie jak by osoba chora psychicznie uroiła sobie coś, ale nie do końca dopracowała co komu mówić. Raz jest jeden napastnik, potem 3. Raz została pobita i skopana, potem, że wykręcono jej rękę i uderzono w pośladek, a teraz, że tylko zwymyślano. Raz, że policja nie chciała przyjąć zgłoszenia, a okazuje się, że nawet Pani Kotka odmówiła składania zeznań będąc na policji i to policjanci musieli przyjechać do szanownej.
Coraz bardziej brzydko ta sprawa pachnie.
Oj się narobiło. W PiSie piszczy, więc trzeba czymś to przykryć.
Na tapetę trafiła pani Cugier-Kotka. Zagrała w spotach wyborczych. Potem stała się rzekomo celem ataku. Jarosław Kaczyński od razu zrobił z tego aferę polityczną. Jak to w Polsce prześladuje się ludzi o innych poglądach politycznych. Że niby standardy białoruskie do nas wkraczają. Oj się narobiło.
Potem okazało się, że pomiędzy napadem, a wyjawieniem go miało miejsce spotkanie z dziennikarzami. Wtedy pani Kotka użalała się, że dostaje dużo pogróżek nawet śmiercią, a nie wspomniała dziwnym trafem o napadzie, do którego miało dojść kilka dni wcześniej. Następnego dnia już płakała dziennikarzom, że została brutalnie pobita. Podobno kopali ją w kolano, które miała kilka razy operowane. Dziwne, że akurat w kolano, a sama przyznaje, że napastnicy nie wiedzieli o jej problemach z nim. Skąd ona to wie, że nie wiedzieli, a kopali akurat w kolano. Natomiast po kilku godzinach od zajścia podobno zadzwoniła na policję i powiedziała, że wykręcili jej rękę i uderzyli w pośladek. Czyżby wersja dla dziennikarzy była "lekko" podkoloryzowana? Żeby zrobić z siebie męczennicę? Oj nie ładnie pani Kotka ;)
Dziwny jest też sposób tłumaczenia, że w wyniku szoku nie jest w stanie rozpoznać ani opisać napastników, a jednocześnie mówi, że wyglądali na ludzi wykształconych. Ciekawe z czego to wywnioskowała.
Niestety pobicie jest takim przestępstwem, które jest ścigane na wniosek pokrzywdzonego, więc pani Kotka powinna iść na policję. Zrobiła to podobno wczoraj. Jednak najpierw postanowiła udzielić kilku wywiadów. Potem poszła i powiedziała policjantom, że jest zmęczona ;) Wychodząc jednak poświęciła się dla dobra sprawy i "oddała się" w ręce dziennikarzy ;)
I jak tu spełnić żądania Kaczyńskich, by Schetyna i Czuma zajęli się tą sprawą, skoro sama pokrzywdzona nie chce współpracować, a wręcz utrudnia znalezienie sprawców.
Dziś pani Kotka oświadczyła, że złoży zeznania w policji. Domyślam się, że już nie ma strachu przed składaniem fałszywych zeznań. Pewnie Kurski lub inny pouczył ją, że i tak nie udowodnią jej, że kłamie, więc niech sobie ulży również przed policjantami. ;)
Trzeba jeszcze też powiedzieć, że pani Kotka jest aktorką. Czy dobrą? ;) Nie trzeba mówić. Ta rola ewidentnie ją przerosła. Na koniec może pokażę to. Mlaskanie oczywiście obowiązkowe ;)
Hmmm. W sumie, to podsumowując tę sytuację, może i pan Kaczyński ma rację mówiąc, że pani Cigier-Kotka występowała w ich spotkach ;) Dokładniej to powinienem napisać "spodkach" gdy chodzi o te latające (a nie wyborcze). Pewnie pani Kotka swymi występami aktorskimi umilała Kaczyńskim lot gdy kradli Księżyc. To by się zgadzało. Księżyc wrócił na swoje miejsce. Szkoda ... ehh, szkoda słów ;)
No i udało się przynajmniej w jakimś stopniu przykryć sprawę napięć w PiS? Mogą już sobie powiedzieć: Melduję wykonanie zadania.
I stało się, wybory zakończone.
Jak na partię, która rządzi już półtora roku, w dodatku w kryzysie, to PO osiągnęła wynik którego każda inna partia mogłaby pozazdrościć. PiS natomiast celował w 30% jak sami przyznawali, a tego nie osiągnął. Co nie ukrywam cieszy mnie bardzo. Tym bardziej, że uwidoczniły się napięcia wewnątrzpartyjne. Ziobro domaga się rozliczenia spindoktorów. Zostaje skarcony przez J. Kaczyńskiego słowami sugerującymi, że ma się przygotować do roli europosła. Czyżby prezes mówił Polakom, że wystawił do wyborów kogoś nieodpowiedniego na to stanowisko? Skoro każe mu się przygotowywać, to znaczy chyba, że tak. Oj nieładnie panie prezesie. Przed wyborami taki dobry, a teraz kiedy już znika kampania, okazuje się, że on nie jest wcale taki dobry? Czyli co to było za ogłupianie ludzi przez okres kampanii? Pozostawię to bez odpowiedzi. Zapewne ktoś to zrobi. ;)
A wracając do sprawy napięć w PiS, po skarceniu Ziobry, odezwała się przyjaciółka prezesa, pani Szczypińska, która skarżyła się, że jej i kilku innym osobom utrudniano, lub wręcz zakazywano prowadzenia kampanii wyborczej, bo za bardzo zbliżały się do faworytów i mogły te osoby zagrozić "jedynkom". No, no, ładny obraz partii się wyłania po wyborach. A wystarczyło osiągnąć tylko 2,6 punktu procentowego mniej niż zakładano :)
Widać pięknie, że Ziobro ujawnia swoje ambicje znacznie większe niż stanowiska piastowane do tej pory. Obecnie sprawdza na ile może się posunąć w ramach partii i czeka na odpowiedni moment by "zaatakować". Jednocześnie sprawdza jakie będzie miał poparcie wewnątrzpartyjne. Myślę, że odpowiednim momentem ataku na przywództwo w partii będą wybory prezydenckie, choć może nie najbliższe, bo PiSowi będzie bardzo zależało na jednolitości skrajnej prawicy i pewnie zaoferują Ziobrze coś za rezygnację z kandydowania. Dla niego samego będzie to też dobre, bo z czasem będzie zbierał coraz więcej prawicowych głosów odchodzących od Kaczyńskich.
Niemniej jednak widać już gołym okiem pęknięcia w szeregach PiS.
A na koniec jeszcze jedna mała sprawa. Wielu krzyczało, że PO podniesie podatki a wstrzymują ich tylko wybory. Zapowiadali, że po wyborach rząd zwiększy VAT i akcyzę na paliwo. A jak dziś gazety podają. Rząd wręcz przeciwnie. Zapowiada, że żadne prace w kierunku zwiększenia tych podatków nie są czynione. Podkreślę, że to są wypowiedzi już po wyborach. Więc co - "straszyciele" - gdzie te Wasze większe VATy itp.?
Ehhh
Na początek. Na szybko. Na krótko.
Dziś idąc do pracy widziałem pewnego człowieka z kijem, na kiju karton, na kartonie napis :) Ów mnie trochę rozbawił, ale i zasmucił. Leciało tak:
Oddam P.O. za ziemie odzyskane
Co do tych kropek w skrócie PO, to nie jestem pewien, ale na 99% były. Twarz człowieka była schowana za kartonem, więc nie widziałem. Nie wiem czy był moher na głowie, ale sądząc po kropkach, ta osoba jedynie z radia czerpie informacje i skrótu Platformy Obywatelskiej nie widziała na oczy. Sądząc jedynie po stroju i figurze wystającej spod kartonu, wzdłuż kija - była to osoba w wieku średnim lub późno średnim. Ale koniec czepiania się tej konkretnej osoby.
Obawiam się, że takich niedouczonych osób w skali kraju jest więcej. Pisząc o niedouczeniu nie mam tu na myśli jedynie tych nieszczęsnych kropek, ale braki w edukacji z zakresu historii. Przecież te tzw. "ziemie odzyskane" są już nasze od 1945 roku. Czyli dość długo by się dowiedzieć o tym fakcie. Czy ta osoba nie chodziła do szkoły? Nie wie tego? Nie wie jak wyglądają granice Polski? Co to za Polak? A może to Wolak?
Można by sobie pożartować na ten temat, ale niestety jest w tym też ziarnko goryczy. Jak "płynny" umysł muszą mieć niektóre osoby by dać się tak ogłupić? Jak to kiedyś Jacek Kurski powiedział: "Ciemny lud wszystko kupi", racja, ale nie sądziłem, że miał na myśli aż takie rzeczy. Kaczyński powiedział, że granice Polski są zagrożone, a ciemny lud nie tylko kupił, ale jeszcze poszedł dalej - według nich już straciliśmy ziemie tzw. "odzyskane". Chciałbym wierzyć, że to nie jest ten twardy elektorat PiSu, ale niestety z trudem mi to przychodzi. Tym smutniejsze jest to w połączeniu z faktem, że twardy elektorat PiSu ocenia się na kilka-kilkanaście procent Polaków. Tym oto pesymistycznym akcentem zakończę ten wstępny wpis.
No, może jeszcze zaapeluję do PiSowców o to by przestali ogłupiać naród.
Wczoraj prezydent Kaczyński odwiedził Trzebiatów. Małe miasteczko nad morzem. Oczywiście, żeby nie było, nie było to w ramach kampanii wyborczej. Wytłumaczył dlaczego tu jest. Otóż był tam dlatego, że musi ;) nie dlatego, że chce, ale musi. Przynajmniej był szczery ;) Jest jeszcze jeden argument "potwierdzający", że nie kampania wyborcza sprowadziła prezydenta do Trzebiatowa. Jest nim fakt, że prezydent chyba nie wspomniał o PiSie. Jeśli jednak wspomniał, to sorki. Media o nich nie donoszą, na stronie prezydenta jest jakiś skrót z tego wydarzenia i wypowiedzi, tam również nie ma nic na temat PiS.
Dobrze, skoro już znamy na 100% czyste zamiary prezydenta można przytoczyć to o czym ów mówił. Na stronie prezydenta jest skrót tej wizyty:
http://www.prezydent.pl/x.node?id=1011848&eventId=28528143
Poruszone zostały 4 tematy:
Kiedyś był dziadek z Wehrmachtu, straszenie, że po wejściu Polski do Unii Niemcy wykupią polskie ziemie. Jak widać od 5 lat jesteśmy w EU i Niemcy nas nie wykupili. Teraz nowe wybory, więc trzeba było podgrzać antyniemieckie nastroje. Postraszyć, że niemieckie czołgi stoją już na linii Odry. Na Bałtyku pewnie jakiś Schleswig-Holstein już czeka. Granice Polski są zagrożone.
Prezydent powiedział jednak coś jeszcze w tym temacie. Coś w stylu: "64 lata po wojnie można by już też przestać ziemie Pomorza Zachodniego nazywać odzyskanymi".
A czy 64 lata po wojnie nie jest czas by przestać już widzieć Niemców wyłącznie w mundurach SS? Czy nie czas zapomnieć już o "germanofobii"?
Teraz jeszcze jedno. To czy wizyta w Trzebiatowie była częścią kampanii czy nie, pozostawiam czytającym. A na tle tego wydarzenia wspomnę, że na sobotę 6 czerwca, prezydent ma zaplanowaną wizytę w Lednicy. Wraz oczywiście z przemówieniem.
Co z ciszą wyborczą? Na pewno nie będzie to w ramach kampanii wyborczej. Na pewno nie będzie tam prezydent mówił o PiS. Czy to znaczy ze wizyta jest neutralna? Jakoś wątpię. Podoba mi się komentarz politologa prof. Markowskiego, który powiedział: " Jednak takie spotkanie ma charakter publiczny, więc nawet jeśli wystąpienie prezydenta nie narusza w sensie dosłownym litery prawa, to narusza ducha i intencje ustawodawcy, by w takim dniu powstrzymać się od wygłaszania publicznych przemówień. Prezydent nie powinien był przyjmować zaproszenia na taki dzień. To po prostu przejaw złego wychowania politycznego" i dodaje: "Lech Kaczyński ma kilku doradców, którzy powinni byli zwrócić uwagę na ciszę wyborczą. Jest dobrym politycznym obyczajem, by pierwsza osoba w państwie, która ma służyć za wzór respektowania praw Rzeczypospolitej, nie naruszała ich w żaden sposób".
Czy mam być tak naiwny? Nie mam na to szans.
Dziś na orędzie zdecydował się prezydent Lech Kaczyński. W sejmie narzekał na rząd. Powody były różne, ale o tym później. Po orędziu podobno pan Gosiewski próbował zamknąć obrady sejmu, żeby nikt nie mógł nic więcej powiedzieć, a zwłaszcza, żeby nikt nie odpowiedział na naciągane orędzie i by jego słowa brzmiały przez weekend. Na szczęście były inne punkty w programie obrad i pan Komorowski kazał dalej obradować. Po godzinnej przerwie wystąpił premier Donald Tusk. Odniósł się do zarzutów prezydenta, ale mi najbardziej spodobały się dwa z nich.
Kaczyński proponował, że rząd powinien obniżyć podatek VAT o 3% do poziomu 18-19% tak jak zrobiła to Wielka Brytania (obniżka do 15%). Według prezydenta pomogło to im zwiększyć wpływy do budżetu.
W odpowiedzi Donald Tusk przytoczył renomowane agencje ratingowe stwierdzające, że Wielka Brytania zasługuje na fundamentalną krytykę.
Było kilka takich spraw, ale ogólnie prezydent proponuje zmniejszanie podatków z jednoczesnym zwiększaniem wydatków. Taaaak. Wtedy nasz budżet na pewno by się bardzo dobrze trzymał.
Od około pół roku zastanawia mnie dziwne nawrócenie Lecha Kaczyńskiego w kierunku wzorowania się na państwach zachodnich. Kiedyś tak na nie narzekał. Wypominał suwerenność Polski i krytykował kopiowanie postępowania krajów zachodnich. Kiedy polski rząd obrał odmienną drogę w sprawie kryzysu niż inne kraje zachodu, nagle prezydent stał się fanem zachodnich rozwiązań i nie przeszkadza mu to, że owe kraje w znacznie większym stopniu odczuwają kryzys. Widać tutaj jaki jest główny cel prezydenta i całego obozu pisowskiego. Chodzi o krytykę przeciwników politycznych, a nie o dobro Polski. Bo przecież gdyby chodziło o dobro Polski, to dziękowaliby za to, że Polska nie ma problemów takich jak Niemcy, Wielka Brytania, Francja czy Irlandia. Im niestety podziękowania przez gardło nie przejdą nawet jeśli mieliby dziękować za powodzenie Polski w ciężkich czasach.
Wczoraj po długim okresie oczekiwania, doczekaliśmy się rozstrzygnięcia sporu kompetencyjnego. Chodziło głównie o to, kto reprezentuje Polskę w Unii Europejskiej i podejmuje decyzje o tym jak wygląda nasza polityka wewnętrzna i zagraniczna.
Jadąc dziś do pracy słuchałem wypowiedzi polityków i publicystów w tej sprawie. Politycy PO cieszyli się z werdyktu, który potwierdzał ich wcześniejsze stanowisko, że to Rada Ministrów ma decydujące zdanie na temat polityki zarówno wewnętrznej jak i zewnętrznej RP. Politycy PiS (słuchałem wywiadu z Joachimem Brudzińskim w radiu TOK FM) przekonywali, że orzeczenie jest korzystne dla nich, bo TK przyznał, że prezydent ma prawo reprezentować Polskę wtedy kiedy chodzi o bezpieczeństwo wewnętrzne Polski. A nawet sytuacje w rolnictwie można podciągnąć pod bezpieczeństwo Polski. Taaaaak. W ten sposób można podciągnąć każdą sprawę pod bezpieczeństwo Polski i pojawia się kolejny spór o interpretacje "bezpieczeństwa Polski". Czy o to nam chodzi? O to, żeby ciągle TK rozstrzygał sprawy, które na prosty rozum wiadomo, że są naciągane i wiadomo kto naciąga np. definicję "bezpieczeństwa państwa". Chyba nie o to chodzi, żeby ciągle szukać tematów do sporu. W związku z odmienną interpretacją różnych polityków, postanowiłem sam (jak to zwykle robię) odszukać źródła i przeczytać orzeczenie TK. Odnalazłem i przeczytałem obszerny werdykt, którego nie ma sensu przytaczać w całości, za to można go krótko podsumować.
Decydujące zdanie na temat polityki zarówno wewnętrznej jak i zewnętrznej ma Prezes Rady Ministrów. Prezydent co prawda jako najwyższa osoba w państwie, może reprezentować Polskę za granicą, ale musi tam przedstawiać zdanie rządu, a nie własne. Jak zauważa TK, nie ma więc większego sensu by prezydent jeździł za każdym razem, nawet jeśli ma do tego prawo, to lepiej jeśli będą Polskę reprezentowały osoby bardziej kompetentne i mające decydujące zdanie, przez co mogą na żywo podejmować decyzje. Innymi słowy obecność prezydenta odbierałaby Polsce szanse na dynamikę podejmowania decyzji ograniczając się jedynie do biernego przedstawienia wcześniej uzgodnionego zdania. A co jeśli sytuacja zmieni się w trakcie dyskusji na szczycie? Prezydent nie będzie miał prawa konstytucyjnego dopasować stanowiska Polski do nowej rzeczywistości i tym samym może się okazać, że paradoksalnie osoba mająca stać na straży bezpieczeństwa Polski, po prostu jej zaszkodzi przez ograniczenia konstytucyjne wynikające z tego, że nie może sam podejmować decyzji. Innymi słowy - niech się prezydent nie pcha tam gdzie nie jest bezwzględnie potrzebny, bo może zaszkodzić. I znowu będzie: Chciałem dobrze, wyszło jak zawsze.
Myślę, że orzeczenie jest jednoznaczne, a próba jego naciągania poprzez podpinanie wszystkiego pod "bezpieczeństwo państwa" rodzi kolejne spory. Propaganda PiS cały czas twierdzi, że to PO wyszukuje problemy, podczas gdy dziś Joachim Brudziński pokazał, kto jest tym prawdziwym "generatorem" sporów. Kto naciąga znaczenie słów, by tylko pokazać swoją pozycję, której de-facto nie posiada.
Dziś mam zamiar opisać kilka spraw.
Może zacznę od nazwisk kandydatów na europosłów. W środowisku PiSowym i "moherowym" podkreśla się pełne nazwisko Róży Thun, które brzmi: Róża Maria Gräfin von Thun und Hohenstein. Nikt natomiast nie mówi, że jest to nazwisko po mężu, a jej rodowe nazwisko to Róża Maria Woźniakowska, córka hrabianki Marii Karoliny Plater-Zyberk z Wabolu herbu Plater i profesora Jacka Woźniakowskiego, inicjatora wydawnictwa "Znak" i byłego prezydenta Krakowa (wikipedia). Również na wikipedii można znaleźć obszerne opisy jej działań w opozycji na Uniwersytecie Jagiellońskim, oraz późniejsze działania na emigracji, kiedy - podsumowując - informowała zachód o sytuacji w Polsce i organizowała transporty humanitarne do Polski.
Pierwszym, który wyciągnął wyżej wspomniane pełne nazwisko pani Thun był podobno Ryszard Czarnecki, więc przyjrzyjmy się jemu, a może powinienem napisać jego pełne nazwisko? Richard Henry Francis Czarnecki! Tak, to jest nazwisko tego, który obraża Różę Thun. Czyżby zapomniał jak sam się nazywa? Czyżby zapomniał, że sam w odróżnieniu od pani Thun, nie urodził się w Polsce, lecz w Wielkiej Brytanii? Ten sam, który poczuł się urażony kiedy Wałęsa powiedział o nim, że nie budował Polski, tylko przyjechał kiedy była już gotowa, a potem udaje cwaniaka.
Tak więc w ten sposób doszliśmy do sedna pierwszej sprawy. Po raz kolejny PiS zarzuca PO coś w czym sam przoduje. Wytykali Róży Thun nazwisko po mężu (ona sama jest rodowitą Polką i córką m.in. profesora UJ), a sam Richard Henry Czarnecki urodził się w Londynie. Oto hipokryzja, którą ktoś musi demaskować.
Druga sprawa o której chciałbym dziś powiedzieć to wyciąganie mapy Polski ze spotu PO. Przyczepiono się do tego, że Świnoujście i pół Szczecina zostało "przepisane" do Niemiec i na fali dziadka z Wehrmachtu oraz wcześniej opisywanej Róży Thun buduje się "niemieckość PO". Jednak nikt nie zauważył, że nie jest to dokładne odwzorowanie konturu Polski. Poza Świnoujściem zaokrąglone zostało wiele więcej fragmentów. Zarówno w jedną jak i w drugą stronę. Mógłbym na przykład wymienić znaczne poszerzenie Helu, którego nikt nie zauważył; znaczne poszerzenie terenów wokół Bogatyni kosztem Niemiec i Czech; znaczne zwiększenie terenów w okolicach Kłodzka kosztem Czech. Oczywiście tego nikt nie zauważył, bo musiał zwracać uwagę jedynie na to co PO "oddaje" Niemcom. Nikt nawet nie zwrócił uwagi, że jest to szkic, a nie mapa administracyjna czy jakakolwiek inna oficjalna.
PiS wielokrotnie zwracało uwagę na to jakoby PO odwracało uwagę od poważnych problemów. A ja mam pytanie dla mnie ważne - Co dzieje się z panem Stefanem Zielonką. Dodam, że jest to szyfrant z dostępem do największych tajemnic Polski i NATO. W okolicach świąt wielkanocnych wziął urlop, a po jego zakończeniu nie wrócił do pracy i do tej pory nie wiadomo nic więcej na jego temat. Wywiad wojskowy nawet nie zauważył, że szyfrant zaginął. Dopiero po 2 tyg. (jeśli się nie mylę) skapnęli się, że coś może być nie tak i zgłoszono sprawę na policję. Dziś już miesiąc mija a jak sami przyznają nadal nic nie wiedzą. Dlaczego PiS nie krzyczy na tą sytuację w polskim wywiadzie? Wystarczy chwilę się zastanowić i odpowiedź jest prosta. Przecież to pisowski Macierewicz reformował polskie służby wywiadowcze. To on stworzył to co teraz jest bezradne i przez miesiąc nie może zlokalizować jednego z najważniejszych ludzi w Polsce pod względem bezpieczeństwa nie tylko naszego kraju ale i NATO.
Już wiemy dlaczego istnieje sprawa pani Róży Thun, sprawa złego konturu granic Polski w spocie PO, a nie istnieje sprawa Stefana Zielonki. Ktoś tu mówił o szukaniu tematów zastępczych? Niech PiS odpowie za reformę Macierewicza!
A więc stało się, a raczej właśnie nie stało się, bo debata się nie odbyła. Najpierw związkowcy byli pod pałacem kultury i nauki pokrzyczeć, poprzepychać się z policją. Narzekali, że premier nie chce z nimi rozmawiać. Wobec tego Donald Tusk zagospodarował jeden wieczór dla nich i zaprosił na debatę. Żeby mogli powiedzieć to co im na sercu leży (skoro tak bardzo chcą porozmawiać). Wyznaczono neutralne miejsce; godzinę, która odpowiadała każdemu i miało być pięknie. Związkowcy mieli dostać "głos", którego tak się domagali pod Pałacem Kultury i Nauki. Kiedy termin debaty zbliżał się coraz większymi krokami, związkowcy zaczęli szukać pretekstu by się wycofać. Było m.in. to, że nie będzie dziennikarzy, publiczności. Bo przecież ta publiczność przed telewizorami to nie publiczność, ona nie zagłuszy premiera, nie podpali opon w domu, więc nie będzie rozruby. Tego brakowało związkowcom, ale wiedzieli, że jeśli będą to kategoryczne warunki, to premier może się zgodzić na dziennikarza i debata musiałaby się odbyć. Wobec tego "sprytni" związkowcy powiedzieli, że tamte warunki nie są takie ważne i wymyślili inny. Przestali akceptować to, że w debacie będą brać udział inne związki poza "głośnymi": "Solidarność" i OPZZ, bo premier nie chcąc być posądzonym o wybiórczość zaprosił również dwa pozostałe działające w Stoczni Gdańskiej. "Zadymiarze" wiedzieli, że Tusk jako człowiek honoru nie wycofa zaproszenia, więc będą mieli pretekst do wycofania się z debaty i tak się stało.
W tym miejscu chciałbym się zapytać dlaczego obecność pozostałych 2 związków miała być takim złym rozwiązaniem. Przecież te związki też reprezentują jakąś część załogi stoczni. Czy tej części mamy odbierać prawo głosu tylko dlatego, że zgadzają się z obecną sytuacją? Czy głos mogą mieć tylko Ci którzy lubią palić opony, a Ci którym odpowiada obecna sytuacja mają się zamknąć? Przecież nie o taką demokrację walczyła ta prawdziwa "Solidarność" 20 lat temu. Wtedy chodziło o to, żeby każdy miał prawo głosu. Nie tylko Ci, którzy stoją po jednej stronie barykady, ale też Ci stojący po drugiej. Dlaczego dziś ta sama(?) "Solidarność" odbiera prawo głosu jednej ze stron? No właśnie, tu się pojawia kolejne pytanie. Czy to jest ta sama "Solidarność" która walczyła 20 lat temu? Myślę, że odpowiedź jest prosta. Widać, że ta dzisiejsza ma wręcz przeciwne cele niż ta dawna. Ta dzisiejsza "Solidarność" zamiast usiąść do rozmów tak jak 20 lat temu do okrągłego stołu, zdecydowała uciec przed rozmowami. Woleli przenieść się na swoje podwórko i KRZYCZEĆ, czyli to co potrafią.
Reasumując, 20 lat temu "Solidarność" potrafiła się zbuntować i kiedy trzeba było - wziąć udział w merytorycznej dyskusji dla dobra Polski. Dzisiejsi związkowcy, którzy podszywają się pod sztandar dawnych wydarzeń, potrafią jedynie palić opony, krzyczeć, obrażać, a kiedy ktoś chce z nimi rozmawiać, wycofują się pod byle pretekstem, przeciwnym względem temu o co powinni walczyć (równe traktowanie, bo przecież tym jest solidarność pisana z małej litery). W tym momencie przypomina mi się taki mały pies, który z podtulonym ogonem ucieka, a kiedy znajdzie się w bezpiecznej odległości, na swoim podwórku znowu zaczyna szczekać.
20 lat temu "Solidarność" potrafiła krzyczeć i kiedy wykrzyczała swoje racje, potrafiła również usiąść do stołu i podpisać się pod tym co wykrzyczeli. Natomiast dzisiejsze związki, które podpinają się pod tamte wydarzenia potrafią jedynie krzyczeć i zapomnieli, że wykrzyczane racje trzeba jeszcze umieć poprzeć w merytorycznej dyskusji, ale niestety, merytoryczna dyskusja to już za dużo jeśli chodzi o umiejętności dzisiejszych opozycjonistów. Pozostaje mi jedynie się cieszyć, że 20 lat temu "Solidarnością" nie rządzili Ci co dziś. Gdyby tak było, nadal tkwilibyśmy w komunie. Ufff.
Tak, oczywiście, krzyczeć może każdy. Że za mało robimy w sprawie Gruzji. Że nie pomagamy gruzinom. Kaczyński poleciał do Gruzji krzyczeć na Europę oraz na Polski rząd, żeby potroił pomoc humanitarną dla Gruzji. Jasne, dlaczego nie. Krzyczeć można, ale dlaczego sam tego nie zrobi? Przecież też zamiast krzyczeć mógłby pomóc. Myli się ten, kto myśli, że to już cały problem, który chciałem opisać.
Mało tego, że Kaczyński krzyczał na innych, że nie pomagają, sam nie pomagał, to jeszcze utrudniał. Nie tylko utrudniał pomoc gruzinom, ale nawet był tak bezczelny, że zabrał samolot rządowy, który był przygotowany do lotu po polskich obywateli. W czasie, gdy liczyła się każda minuta, bo miasta gruzińskie były bombardowane, prezydent zaserwował polakom oczekującym na ewakuacje dodatkowe godziny jakie były potrzebne na wyczarterowanie samolotu z LOTu.
Trzeba mieć tupet by zabrać samolot obywatelom własnego kraju, narazić ich na niebezpieczeństwo, jechać pokazać się na wiecu i krzyczeć, że za mało pomagamy Gruzji.
Wiadomo, chciał się pokazać z dobrej strony, jaki to on silny, krzyczy na Rosję. PR? Oczywiście, że tak. Chciał na konflikcie gruzińskim zdobyć kilka punktów pokazując się i krzycząc, nawet za cenę narażenia polaków na niebezpieczeństwo. Oto prezydent wszystkich polaków. Czy nie tak to leciało? Niech mnie ktoś poprawi jeśli się mylę.
Słowem dodatkowego komentarza - Chciał dobrze, wyszło jak zawsze.
Myślę, że przyszła kolej na mnie, abym skomentował ostatnie wydarzenia na świecie. Jednakże do powiedzenia jest tyle, że nie wiem od czego zacząć, w związku z tym na początek tylko obrazki. Jak wiadomo jeden obrazek potrafi powiedzieć więcej niż tysiąc słów.

Gdyby ktoś jeszcze zastanawiał się co widzi przed rosyjskim czołgiem, to śpieszę z odpowiedzią. Oto one:

To kaczki partyzantki, które wcześniej były widziane na drodze między Tbilisi a Gori. Podobno w pobliżu widziano również Chucka Norrisa, ale po spotkaniu z kaczkami słuch po nim zaginął.
Ok, a teraz poważniej, żeby nikt nie pomyślał, że żartuję z wojny w Gruzji. Nie, to nie są żarty z tej wojny. Bardzo współczuję niewinnym ludziom, którzy tam cierpią przez nieodpowiedzialne działania osób u władzy. Jeśli powyższe ktoś chce traktować jako żart, to conajwyżej żart z czynów i słów Lecha Kaczyńskiego, który uważa, że Polska jest w stanie przeciwstawić się wojsku rosyjskiemu.
Dla Rosji Polska jest małym podskakującym państewkiem. Mają wielkie aspiracje imperjalistyczne. Kto myśli, ze takie państwo wycofa się po podszczekiwaniu małego karła, ten się bardzo myli. Taki szczekanie tylko powstrzymuje Rosję przed wycofaniem się, bo to byłoby oznaką słabości i uległości względem karła. Dlatego niby zgodzili się na zawieszenie bronii, ale nadal atakują. Chcą się wycofać z twarzą, a nie jako ktoś kto uległ podszczekującemu karłowi.
Ktoś teraz pomyśli, że w tej wojnie stoję po stronie Rosji. Nic bardziej mylnego. Stoję po stronie cywili, którzy w tym wszystkim najwięcej cierpią, a najmniej zawinili.
Rosja powinna ponieść konsekwencje wejścia wojsk na teren Gruzji jako niepodległego państwa. Natomiast Gruzja, a szczególnie Saakaszwili powinien ponieść konsekwencje zbrojnego ataku na Osetię Południową. Uczynił to w przeddzień otwarcia Igrzysk Olimpijskich, podczas gdy powszechnie znana jest tradycja wstrzymywania wszelkich działań wojennych na czas igrzysk. Oczywistym staje się, że Saakaszwili liczył, że zbombarduje Osetię, nastepnego dnia rozpoczną się Igrzyska i nikt mu nie odpowie. Tak się jednak nie stało i Rosja odpowiedziała również zbrojnym atakiem, lekceważąc fakt trwania Igrzysk Olimpijskich. Uważam, że za tak perfidny atak w przeddzień otwarcia Igrzysk powinien ponieść konsekwencje.
Grafika wykorzystana w tym poscie pochodzi ze stron wikipedii oraz www.armyrecognition.com
Kilka dni temu dziennik ujawnił fragmenty rozmowy L. Kaczyński - R. Sikorski. Było widać jak prezydent traktuje ministra. Było to po prostu przesłuchanie podejrzanego, a nie rozmowa z ministrem, ale zwał jak zwał. Ważne jakie konsekwencje. Oczywiście takie podejście prezydenta stawia go w złym świetle, więc obóz pisowski musiał coś z tym zrobić. Co? Ano właśnie odwrócić uwagę opinii publicznej od sposobu rozmowy, a zastąpić to czymś innym. Zaczęto więc krzyczeć kto śmiał udostępnić stenogram z rozmów? Zaczęli obwiniać Sikorskiego, Tuska i kogo tylko sie dało z PO. Przed chwilą przeczytałem wersję, że Sikorski opowiedział Tuskowi, a ten opowiedział mediom. Jasne, ciemny lud to kupi. Mieliśmy gluch telefon, bo jeden drugiemu coś powiedział, a na końcu otrzymaliśmy dokładny stenogram :) hehe. Z tymi bajkami mogą iść do ciemnego ludu, który to kupił i na nich zagłosował.
BBN już zapowiedział śledztwo w tej sprawie, byle było głośno o winie wynoszącego informacje, a nie o tym, jakie podejście ma prezydent do ministra.
Kto najgłośniej krzyczy "Łapać złodzieja"? - Złodzej
Kto najgłośniej krzyczy o tematach zastępczych? - ....
Wracam po kilkunastu dniach bez pisania. Musiałem w trybie pilnym przygotować kilka symulacji w ramach współpracy z promotorem, więc nie było za wiele czasu. Teraz już jest trochę luźniej, choć nie do końca, ale znalazłem trochę czasu na napisanie :) Tacy jak Aciddrinker pewnie mieli nadzieję, że rzuciłem pisanie tutaj, ale niestety, muszę ich zawieść.
Cóż dziś skomentuję? Nie za wiele się dzieje w polskiej polityce, ale za to na arenie międzynarodowej aż wrze. Mam na myśli wszelkiego rodzaju ruchy wyzwoleńcze, niepodległościowe itp.
Jak wiadomo Kosowo ogłosiło niepodległość i zostało poparte przez prawie wszystkie państwa europejskie, USA i inne. Kiedy wolności domaga się Tybet - nie ma już takiej międzynarodowej zgody. Dlaczego? Bo w Chinach prawie każde państwo zachodnie ma fabryki. Z Chin importuje się tanie produkty i jest to wystarczający powód do milczenia w sprawie łamania praw człowieka w Tybecie.
Z niecierpliwością czekam również na ustosunkowanie się USA w sprawie wypowiedzenia niepodległości przez Indian Lakota i wystąpieniem z USA jako odrębne państwo.
Na jakiej podstawie? Nie wiem dokładnie, ale w XIX wieku były zażarte walki między armią amerykańską a Indianami. Szala zwycięstw przechylała się co jakiś czas na różne strony i powstało wiele umów w pewnym sensie pokojowych. Jedna z takich umów mówiła, że Indianie mają wieczne prawa do gór czarnych, które były uznawane przez nich za święte. Jednakże umowa ta była przestrzegana tylko do czasu gdy w górach znaleziono złoto. Potem biali znowu wkroczyli na tereny indiańskie. W ostateczności umów takich było kilka. Obecnie Indianie Lakota żyją w skrajnym ubóstwie i postanowili wypowiedzieć umowy z rządem amerykańskim, skoro same USA ich nie przestrzegają. Tak oto narodziło się nowe państwo w Ameryce Północnej - Republika Lakota . Na razie jeszcze rząd USA nie wypowiedział się w tej sprawie, ale skoro byli za wolnością Kosowa, to teraz tym bardziej muszą poprzeć niepodległość. Lakota mają o wiele większe podstawy do niepodległości niż Kosowo wiec ...
Pamiętamy jak Kaczyński wrócił z Lizbony i chwalił się, że w sprawie traktatu lizbońskiego "Uzyskaliśmy wszystko co zamierzaliśmy uzyskać". Teraz niestety okazuje się, że coś się PiSowcom nie podoba, bo sprzeciwiają się ratyfikowaniu traktatu który sami wynegocjowali i chwalili się, że załatwili wszystko.
Można by się zastanawiać o co chodzi. Ale nie trzeba, to oczywiste. PiS tak spadł w sondażach, że chce odzyskać przynajmniej część moherowych głosów. Do tego potrzebna jest postawa antyeuropejska lub nawet nacjonalistyczna i właśnie na taką PiSowcy się zdecydowali. Nie ważne, że przy okazji zaprzeczyli własnym słowom i, jak sie domyślam, ideom. Zakładam, że negocjowali w Lizbonie według własnym ideom. Ważne, że moherowych głosów trochę przybędzie.
Zastanawiam się ile razy już któryś z Kaczyńskich obraził obywateli. Nawet nie podejmę się próby policzenia i wypisania tu wszystkich "eventów". Dziś jednak możemy do tego grona dołożyć kolejną "wisienkę". Dotyczącą bezpośrednio nas internautów. Mianowicie Jarosław Kaczyński wypowiedział się w wywiadzie, że nie chce głosowania przez internet, ponieważ internauci to grupa, którą najłatwiej zmanipulować i nie chce by internauta oglądający filmiki pornograficzne pomiędzy jednym a drugim pociągnięciem piwa, w międzyczasie głosował.
Ładne mniemanie ma Kaczyński o internautach. Nie wiem jak Wy, ale ja poczułem się urażony po raz kolejny. Zresztą również politycy PiSu zdają sobie sprawę, że te słowa nie nadają się do wypowiedzi z ust polityka, tym bardziej "pragnącego zyskać głosy młodzieży". Jeden z PiSowców, kiedy dowiedział się o tym od dziennikarza powiedział: "Nie piszcie o tym, proszę". No niestety, ale takie zachowanie nie może ujść po cichu.
Jak skomentowali to inni? Cytując za dziennikiem:
Zdaniem politologa Marka Migalskiego Kaczyński obraził użytkowników internetu. "Te słowa, niestety, obrażają internautów. I choć może prawdziwie opisują część z nich, to trzeba pamiętać, że wspólnota internetowa jest tak zróżnicowana, że jakiekolwiek uogólnienia są krzywdzące" - ocenia. Migalski podkreśla też, że przeciętny użytkownik internetu jest lepiej wykształcony od przeciętnego Polaka. "A to oznacza, że trudniej go zmanipulować" -dodaje.
oraz:
Z kolei socjolog Jarosław Flis podkreśla, że prezes PiS dyskredytując internautów, najbardziej zaszkodził sobie. "Ta wypowiedź jest symptomem oderwania się Jarosława Kaczyńskiego od rzeczywistości. Może już czas przejść na polityczną emeryturę, bo widocznie nie nadąża on za rzeczywistością" - mówi socjolog. Flis zaznacza, że na całym świecie dla partii politycznych internet jest jednym z głównych sposobów komunikowania się z wyborcami. "A słowa Kaczyńskiego można odbierać, jakby on naprawdę wierzył, że jego podstawowymi wyborcami byli członkowie kółka różańcowego i uczestnicy jarmarków" - dodaje Flis.
O co chodzi w sprzeciwie Kaczyńskiego na głosowanie przez internet? Oczywiście nie trzeba wykazywać się ponadprzeciętną inteligencją by wiedzieć, że Kaczyński zdaje sobie sprawę iż wśród internautów większość to ludzie młodzi i wykształceni, czyli przeciwnicy PiSu. Ułatwienie im głosowania poprzez umożliwienie tego przez internet oznaczałoby spadek notowań PiS. Zasłanianie się jakimiś argumentami, że niby internauta to zboczeniec i pijak jest ... wiadomo. Kilka razy już tu pisałem, że PiSowcy potrafią tylko warczeć niepodając argumentów. Po prostu nie umieją ich przedstawiać. Kiedy dziś Kaczyński spróbował podać argument przeciw głosowaniu przez internet - widać co wyszło.
Oczywiście tacy jak aciddrinker powiedzą, że nic się nie stało, że nikt nie został obrażony. Im "wódz" może pluć w twarz, a oni powiedzą, że deszcz pada.